Morderstwo w ksiegarni – historia zmarnowanego potencjału

Upalne dni, na które jesteśmy ostatnio skazani, zawsze popychają mnie w stronę lekkich lektur. Jednym z moich ulubionych gatunków, które czytam w takich momentach są komedie kryminalne. Z zaciekawieniem sięgnęłam po “Morderstwo w księgarni” Merryn Allingham.

Książka otwiera serię o Florze Steel, młodej dziewczynie prowadzącej księgarnię All’s Well. Interes niestety nie przynosi zadowalających zysków. Akcja rozgrywa się w latach 50 i mimo ukończenia drugiej wojny światowej parę lat wcześniej, problemy finansowe nie są rzadkością. Ludzie nadal mają opory przed nabywaniem dóbr luksusowych, a za takie można było uznać książki. Mimo nieciekawej sytuacji, bankructwo nie zagraża księgarni dzięki stałej klienteli, złożonej z lokalnej społeczności małego miasteczka w hrabstwie Sussex. Zalicza się do niej między innymi Jack Carrington, miejscowy odludek i znany autor kryminałów. Pisarz, odkąd wprowadził się w okolice, składał w All’s Well spore zamówienia na literaturę źródłową do swoich książek. Z powodu jego niechęci do kontaktów z ludźmi, wszystkie sprawunki załatwiał za pomocą gońca. Pewnego dnia, choroba pomocnika i naglące terminy, zmuszają go do pojawienia się w księgarni. Niespodziewana wizyta mężczyzny, jego nietuzinkowy wygląd i tematyka zamówionych książek budzą u Flory lekki niepokój. Zadaje sobie nawet pytanie “Co on kombinuje?” nad tytułami dotyczącymi egzekucji i trucizn. Szybko spływa na nią olśnienie i łączy nazwisko z autorem kryminałów. Jej spokój nie trwa jednak długo, ponieważ Jack, pchany najprawdopodobniej zboczeniem zawodowym, odkrywa zwłoki na tyłach sklepu.

Według oceny policji młody, nieznany nikomu w miasteczku, chłopak zmarł z przyczyn naturalnych. Florze jest trudno w to uwierzyć. Nurtuje ją pytanie, dlaczego postanowił to zrobić zaraz po włamaniu się do jej sklepu? Jaki mógł być powód takiego występku? Sytuacja pogarsza się, kiedy klientela księgarni maleje pod wpływem narastających w miasteczku plotek. Możliwy upadek rodzinnego interesu popycha dziewczynę do podjęcia amatorskiego śledztwa. Zakładając, że Jack może mieć dużą ekspertyzę w kryminalnych zagadkach, prosi go o wparcie w swoim przedsięwzięciu. Tak zaczyna się ich wspólna przygoda nad rozwiązaniem tajemnicy nieznanego denata i historycznego skarbu ukrytego w okolicy miasteczka.

Zastanawiałam się nad sięgnięciem po ta książkę już od jakiegoś czasu. Jeden z moich ulubionych gatunków, małe, angielskie miasteczko i książki w tle. Nie wiem czy mogłam trafić na lekturę bardziej wpadająca w moje upodobania. Po przeczytaniu, mimo wszystkich “za”, pojawiło się w mojej głowie sporo “przeciw”.

Przede wszystkim, cała historia wypada bardzo blado na tle potencjału jaki sobą przedstawiała. Spodziewałam się poczuć delikatny dreszczyk towarzysząc bohaterom, niestety brak stawek pozostawił mnie na emocjonalnej pustyni. Wszystkie tajemnice rozwiązywały się ekspresowo, bohaterowie nie mieli nawet okazji za bardzo się zmęczyć. Policja nie chce wesprzeć dodatkową analizą? Nie ma sprawy! Jack wyciąga przysługę z przeszłości i już wszystko jest możliwe. Bohaterowie nie są w stanie wpaść na coś natychmiastowo? Nie ma sprawy! Za chwilę pojawi się jakaś przypadkowa postać, która popchnie wszystko do przodu. Zdaję sobie sprawę, że jest to lekka lektura, ale warta by była odrobina napięcia.

Za spory problem uważam też nadmierną ekspozycję. Co prawda o zasadzie “pokaż zamiast mówić” dowiedziałam się w kontekście filmów, to mam poczucie, że można ją też zastosować w książkach. Większości informacji dowiadujemy się z opowieści poszczególnych bohaterów. Spodziewałam się, że tak poprowadzona narracja buduje napięcie i prowadzi do wypełnionego akcją finału, jednak i tutaj czekał mnie monolog. Taki rodzaj ekspozycji, nie tylko spłyca historię, ale też nie służy przedstawieniu postaci. Autorka często mówi o ich uczuciach za bardzo bezpośrednio, co przy dynamice “will they, won’t they”*, zabija nastrój.

Liczne powtórzenia są kolejnym minusem tej książki. Mam tu namyśli, między innymi, przeszłość głównej bohaterki, przywoływaną raz po raz. Nie przeszkadzałoby mi to, jednak książka ma lekko ponad 300 stron, audiobook trwa niecałe 8 godzin. Trochę za krótka lektura, żeby czytelnik potrzebował przypomnienia tak ważnych szczegółów. Jedyną zaleta takiego zabiegu jest to, że książka nie wymaga większego skupienia, więc dobra jest do czytania na wakacjach, w biegu, lub do zresetowania się.

Czemu w takim razie nie rzuciłam tej książki w kąt, skoro miałam tyle “ale”? No właśnie. Po pierwsze, z każdej książki da się coś wyciągnąć. Po drugie, lektura była całkiem przyjemna. Bohaterowie zauroczyli mnie, tak samo jak klimat małego miasteczka. Nie uważam też, że autorka źle pisze, albo jest mało kreatywna. Styl książki jest lekki, a opisy miejsc i wnętrz często rekompensowały mi braki w fabule. Natomiast sposób w jaki rozprawiono się z ofiarami wydał mi się całkiem pomysłowy.

Za mocną stronę książki uważam też to co jest ukryte w subtelnościach. Sama historia Flory, mimo że powtórzona do znudzenia, prowokuje do przemyśleń. Zwłaszcza dla młodszych czytelników znajdzie się pole do refleksji nad czekającym ich wejściem w dorosłość. Czy poczucie obowiązku wobec rodziny jest warte zaprzepaszczania swoich marzeń? Kiedy jest dobry czas żeby “wylecieć z gniazda” i z jakimi konsekwencjami się to wiąże?

Okres, w jakim historia jest osadzona, delikatne dodaje książce głębi. Kontekst powrotu do względnej normalności po wojnie, pozwala na przedstawienie samotności i biedy której doświadczyło wiele ludzi w tym czasie. Już samo uznanie książek za dobro luksusowe, w które mało kto chciał inwestować adekwatnie oddaje realia. Tak samo jak zachwyt Jacka nad powszechną dostępnością szynki. Główni bohaterowie są ludźmi samotnymi, którzy stracili bliskich w różnych okolicznościach. Oboje mierzą się z żałobą, każde na swój sposób. Autorka przypomina też o roli kobiet, kiedy mężczyźni znajdowali się na froncie i komentuje jak szybko zostały zrzucone na drugi plan wraz z nastaniem pokoju.

Trochę mi szkoda, że te wątki zostały tylko zaznaczone. Może sprawniejszy pisarz byłby w stanie trochę lepiej je “ograć”, chociaż nie jestem pewna czy wtedy nie zmieniłoby to tonu książki. Może tych poważniejszych wątków było po prostu za dużo? Trudno mi to określić. Chociaż patrząc z drugiej strony, seria książek oferuje duże pole do popisu. Jestem szczerze ciekawa jak potoczy się historia w następnych częściach i czy wspomniane motywy zostaną bardziej rozszerzone.

Jeśli ktoś zapyta się mnie o lekką, wakacyjna lekturę, myślę że nie będę miała problemu z poleceniem tej książki. Pewnie zaznaczyłabym, że nie jest idealna, ale łatwa do przeczytania i urocza.

* w wolnym tłumaczeniu, będą czy nie będą (w związku)

Zdjęcie okładki:
https://mando.pl/wp-content/uploads/2023/11/92247.jpg

Dodaj komentarz